sobota, 16 listopada 2013

Rozdział drugi

Ciepłe promienie słońca, przyjemnie ogrzewały moją dziwnie zmarzniętą twarz, która. uniesiona ku górze, egoistycznie domagała się większej uwagi skierowanej przez słońce. Uśmiech wkradający się na usta, pokazał całe piękno w nim ukryte, żółtej, mimo spuszczonych powiek rażącej w oczy kulce. 
Zimny wiaterek, łagodnie powiewał, dając przyjemne ochłodzenie mojemu ciału. Splątując się z moimi łagodnie powiewającymi czekoladowymi lokami,zaprosił je do łagodnego walca.  
Dołeczki ukazały się w moich różanych policzkach, kiedy czując zapomniany przypływ energii, moja twarz, opuściła samotne już słońce, kierując się na siedzącą tuż obok osobę. Nie postanowiłam zmuszać powiek do powędrowania w górę. Nie potrzebowałam widzieć tej osoby, by dowiedzieć się kim ona jest. 
Splątując dłonie, zapomniałam już o słońcu, dalej ogrzewającym moją twarz. Zapomniałam o wietrze, tańczącym z moimi włosami. Zapomniałam o nadmiernym bólu i cierpieniu. Żyłam chwilą, dzięki tej wspaniałej, pozytywnej energii. 
Do uszu dobiegły nieznane mi szepty. Momentalnie, powieki powędrowały ku górze. 
Nie myliłam się, widząc swoje odbicie. To ona. Tym razem mogłam ją także zobaczyć. Uśmiechniętą. Piękną. Wydoroślałą. Cieszącą się każdą chwilą, każdym widokiem otoczenia. 
W jej piwnych tęczówkach, ukazały się tańczące iskierki. Jej trochę jaśniejsze niż moje, loczki falami spływały po opalonych ramionach. Biała, koronkowa sukienka,idealnie opinała jej już kobiece kształty. Zmieniła się. A ja nie mogłam patrzeć jak z roku na rok, stawała się kobietą. Nie mogłam iść z nią na bal maturalny. Nie mogłam plotkować na temat chłopaków, mojej szkoły. Brakowało mi jej przez ten cały czas. Nie czułam się dobrze, wiedząc że jej już przy mnie nie ma. Że nie przyjdzie do mnie kiedy będę jej potrzebować. 
Obejrzałam się dookoła siebie, by nie uronić przy niej ani jednej zbędnej łzy, choć wiem że ona pewnie wiedziała jak się czuję. Ona zawsze wiedziała.
Siedziałyśmy na czerwonym kocyku, którego frędzle łaskotały moje nagie stopy. Położony na trawie, dawał przyjemne ciepło. Tuż obok rząd równo posadzonych wrzosów, należących do moich ulubionych kwiatów. 
Ich fioletowe pączki, łagodnie unosiły się ku górze. Zielone łodyżki, powiewały na wietrze, a małe czerwone biedronki, chodzące w okół nich, kontynuowały swoje beztroskie życie.
Jednym ruchem dłoni, oderwałam jedną z łodyżek, przykładając ją do nosa, wciągnęłam wspaniały zapach kwiatu. 
Miley, cały czas z uśmiechem, obserwowała moje poczynania. Jakby cieszyła się wreszcie widząc mnie po tak długim czasie naszej rozłąki. 
Zbliżając do niej dłoń, włożyłam za jej ucho jedną łodyżkę, wrzosu.
Dalej patrzyłam w jej piękne oczy, które teraz nie zwracały na mnie uwagi. Jakby interesowały je coś innego. Nie spokojnie obejrzałam się za siebie. 
Z drzwi, pięknego białego domku, wyszły dwie łudząco znajome mi postaci. 
Kobieta i mężczyzna. Uśmiechnięci od ucha do ucha. Śmiejący się najprawdopodobniej z jakiegoś zdarzenia. 
Kobieta, dosyć wysoka, łagodnie idąca w naszą stronę. Piękne loki powiewały na wietrze, brązowe oczy, przysłaniały firany czarnych rzęs. Ciemna karnacja, idealnie pasowała do jej wyglądu. 
Mężczyzna, o głowę wyższy od pięknej kobiety. Śliczne niebieskie oczy, w których iskierki tańczyły według własnego układu. Lekko już siwawe włosy, sterczały na głowie, od nadmiaru żelu. Gardłowy śmiech wydobywający się z ust, był jak melodia, której nigdy nie chciałam zapomnieć. 
Nie zwracając już uwagi na bliźniaczkę, wstałam z miękkiego kocyka, zostawiając ją z ogrzewającym na małej polanie słońcem. 
Na początku, wolno,krok za krokiem zbliżałam się do znajomych mi osób. Zauważyli mnie. Teraz nie ma odwrotu. Stawiając coraz, pewniejsze, szybsze kroki na mojej twarzy pojawiały się coraz głębsze dołeczki. 
Zamrugałam kilka razy. Nie mogłam uwierzyć. Widziałam ich pięknie uśmiechnięte twarze. Słyszałam ich głosy. A teraz już czułam ich dotyk. Czułam ramiona matki, oplatające moje kruche ciało. Czułam pocałunek ojca, złożony na czole. 
Wtuliłam głowę w jej pierś. Zapach perfum, wdarł się w moje nozdrza. Nerwowo wciągałam i wypuszczałam powietrze, by dobrze zapamiętać sobie jej zapach. 
Spojrzałam na ojca, który z wyższością patrzył na moją twarz, posyłając mi uśmiech, którego jeszcze nie znałam. 
Jego dłoń, momentalnie odbiła się od mojego ramienia. 
Dokładnie obserwując jego kolejne ruchy,coraz bardziej się denerwowałam. 
Wyciągnął dłoń ku Mil, przywołując ją do siebie, jednym ruchem. Z jej twarzy zniknął piękny uśmiech. Z jej oczu, zniknęły iskierki. 
Wstała, otrzepując się z niewidzialnego kurzu. Podeszła do nas bliżej. Matka, zabrała ze mnie swoje ramiona.
- Zawsze będziemy przy tobie- do moich uszu dotarł szept mojej zmartwionej matki. Mrugnęłam po raz kolejny. Już ich nie było. Nie było ogródka. Nie było słońca. Wiatru. 
Jestem w domu. Zżółkłe ściany, zakurzona podłoga, okna pozaklejane porannymi gazetami. Nie ma ich. 
W moich oczach zebrały się łzy.
 Opierając się o ścianę, zjechałam po niej plecami, usadzając się pupą na podłodze. 
Zamknęłam oczy. Nie pamiętam ich. Nie czuję ich zapachu. Nie czuję ich dotyku. 
Otworzyłam je. 
Widzę jego. Zbliża się. Rzuca w moją stronę broń. 
Skonsternowana wstałam na równe nogi, wycierając słone łzy, znajdujące się na policzkach. 
Podniosłam broń, z twardej posadzki. Przekręciłam ją w dłoniach, kierując ją w stronę Malik'a. 
Szeroko otworzyłam oczy, kiedy on nagle pojawił się tuż obok mnie. Trzymał moją zmarzniętą dłoń. Jego oczy były smutne. Mięśnie szczęki zaciśnięte. 
- Wiem że będziesz dzięki temu szczęśliwa- uśmiechnął się nagle, gładząc moje białe knykcie- Strzelaj- wyszeptał do mojego ucha, kiedy ja dokładnie obserwując jego twarz, nie wiedziałam co zrobić. Chcę być szczęśliwa. Ale coś wewnątrz mnie nie chcę go stracić. Ja nie chcę go stracić. Czemu ?
Przycisnęłam do siebie spust. Hałas rozległ się po mieszkaniu. Jego ciało opadło na ziemie. Moje łzy zlewające się z szkarłatną cieczą. Przyłożenie broni do głowy. Ponowne przyciśnięcie spustu. Ciemność.

                                                                           *                                                                                           

Ciemność. Ohh.. Cóż to za nowość. Przecież zawsze mi gdzieś towarzyszy nie prawdaż?
Obracam się nie spokojnie na.. kanapie. Chwila, chwila.
Gwałtownie podnoszę głowę, rozpościerając swój zasięg widoku o wiele dalej niż przedtem. Księżyc zza odsłoniętego okna, dodawał blasku pokoju, w którym właśnie się znajdowałam. Dziękowałam mu za to że dzięki niemu mogę dokładnie obejrzeć całe pomieszczenie.
Ściany pokryte białą farbą, gdzie nie gdzie czarno-biała fotografia obramowana jedynie kawałkiem szkła. Stawiam stopy na brązowe panele. Nie przyjemne dreszcze rozchodzą się po ciele. Mimo to nie poddaję się i już chodząc, obserwuję każdą maleńką rzecz w tym pokoju. Na środku stało ogromne biurko. Równiusieńko poskładane arkusze, znajdowały się tuż obok, na małej szafeczce. Mogłam jednogłośnie stwierdzić że był to najprawdopodobniej gabinet. Łapię się za głowę, która dalej lekko pobolewała. Próbuję przypomnieć sobie choćby skrawki jakichkolwiek wydarzeń z przed mojego zaśnięcia, ale nie potrafię. Wiem że zbyt łatwo się poddaję, ale na pierwszym miejscu niestety, znajduję się moja nie zaskromiona ciekawość. Oglądam się za siebie. Księżyc przyświeca na mahoniowe drzwi z wbudowanymi kawałkami zamglonego szkła. Ciągnę za klamkę. Na szczęście nie są one zamknięte. Ostrożnie krok po kroczku, wychodzę z gabinetu, kierując się w stronę jaskrawego światła. Kto o tej porze jeszcze nie śpi? Wchodzę do salonu. Ogromny telewizor plazmowy, zajmuję całą powierzchnię kremowej ściany. Aktualnie obraz przedstawia scenę z jakiegoś meczu. W czarnych głośnikach, pobrzmiewają gwizdy sędziów, i pierwsza połowa dobiega końca. Następnie pojawiają się reklamy lekarstw na gardło. Nerwowe westchnięcie odwraca moją uwagę. Tuż obok na brązowej skórzanej kanapie, siedzi on. Malik. I wtedy wszystkie wydarzenia z poprzedniego dnia, oświecają mnie jak grom z jasnego nieba. Moja bogini, stoi przed piaskowym biurkiem,zbierając kolejny informacje by następnie powkładać je do odpowiednich szufladek.
Pocieram nerwowo ramiona. Co mam teraz zrobić?
Nagle Mulat wstaję ze swojego miejsca. Przeciąga się. Odwraca. I.. uśmiecha się, jakby właśnie zobaczył anioła. Z tego co widzę co dziennie w odbiciu to daleko mi do niego.
- Wstałaś.
- Mhm- mruczę, spuszczając wzrok na swoje splecione dłonie. Oh..Weź się w garść!
- Martwiłem się- podchodzi bliżej. Zamieram.
- Na prawdę nie było potrzeby, to tylko zwykłe zasłabnięcie.
- Casey, ty zemdlałaś- oświadcza surowo, jakby karcąco. Czemu? Co ja takiego zrobiłam? Boże jest taki irytujący, że mam ochotę dać mu kopniaka z pół obrotu.
- Mam tak czasami, to nic takiego,zresztą nie muszę ci się tłumaczyć.- krzyżuję ramiona na piersiach, przybierając pewniejszą postawę. Uśmiech znika z jego twarzy. Przeczesuję dłonią swoje czarne włosy.
- Tak, nie musisz- szepcze- dobrze ci się spało?- zmienia temat. Patrzę na niego skonsternowana. Czemu nie mogę tak po prostu sobie stąd pójść?
- Tak.
- Cóż, może chcesz coś do jedzenia?- jedzenie? Propozycja jest kusząca, ale nie.  Nie chcę tutaj zostawać. Chcę już wrócić do tej cholernej kawalerki.
- Umm.. Nie dziękuję- wzdycham- ja już chyba wrócę do domu.
- Nie możesz iść do domu- mówi jak gdyby nigdy nic. Stoję skonsternowana. Zakładam ramiona na piersiach i sama nie wierze w to co właśnie powiedział. To chyba jakiś głupi żart.
- A to niby czemu nie?
- Po pierwsze jest ciemno, po drugie wczoraj zemdlałaś w moim gabinecie, po trzecie powinnaś coś zjeść.
- Nie będziesz mi mówił co mam robić- biorę z kanapy moją torebkę. Zarzucam ją na ramię, kiedy on postanawia jeszcze bardziej zbliżyć się do mojego ciała.
- Jestem twoim szefem, Casey- głaszcze mój policzek- A z tego co wiem powinno się wykonywać jego polecenia.
- Jeśli nie zauważyłeś to nie znajdujemy się w twoim biurze, jesteśmy po godzinach, a ty przetrzymujesz mnie tu wbrew mojej woli- syczę i sama jestem zdziwiona skąd wzięło się u mnie tyle odwagi.
- Nie zapominaj się- ostrzega. Prycham nie zadowolona, odpychając jego dłoń, która staję się coraz bardziej natarczywa. Odwracam się i rozpoczynam wędrówkę do samego wyjścia. Słyszę za sobą jego kroki. I powraca. Powraca strach. Czuję jego obecność. Jego gniew. To takie natarczywe uczucie. Próbuję je powstrzymać. Za wszelką cenę, ale nie potrafię. Przyspieszam kroku. Wręcz biegnę do drzwi. Ughh... To mieszkanie jest za duże.
Łapię za klamkę, ciągnę ją w dół i.. Jestem w ramionach wkurzonego Malik'a. Patrzę w jego jeszcze ciemniejsze oczy. Dokładnie obserwują moje piwne. Czuję się tak dziwnie. Dreszcze przechodzą przez całe moje ciało, kiedy przez kilka kolejnych minut stoimy zupełnie nie ruchomo. Zahipnotyzowana jego wzrokiem, nie potrafię wyrwać się z uścisku.
-Puść mnie- szepcze, kładąc dłoń na jego ramieniu.
-Nie jeśli dalej będziesz uciekać.
- Nie.Ucieknę.- syczę zdenerwowana, całą sytuacją. Moja bogini, właśnie kopie kukłę fałszywego Zayn'a w krocze. Taki piękny widok. Jego sobowtór wręcz wybija się w powietrzu. "Jestem z ciebie dumna" mówię jej w myślach.
Nagle dłonie Malik'a gdzieś znikają. A ja pozostaję sama w holu. Ciągnę za złotą klamkę, mimo że obiecałam że nie ucieknę.
- Zamknięte!- krzyczy, najprawdopodobniej z kuchni. Opieram się o nie plecami, i zjeżdżam siadając na zimnej posadzce. Nie mam zamiaru siedzieć z nim w kuchni. Nie mam zamiaru gdziekolwiek z nim siedzieć. Krzyżuję ramiona na piersiach. Siedzę jak naburmuszone dziecko z wydętą wargą. Ledwo powstrzymuję się od płaczu. Nie chcę tu być. W co ja się wpakowałam? Może jeszcze nie jestem gotowa na to wszystko? Na tą cholerną zemstę?
"Jesteś" szepcze podświadomość. Kręcę przecząco głową. Przynajmniej ty mnie nie okłamuj.
Przyciągam do siebie kolana. Zamykam oczy. I bujam się na pupie, jak kiedyś. Tylko że wtedy czułam ciepłe ramiona, otulające moje ciało. Teraz czuję tylko chłodny wiatr, wydobywający się z otwartego okna. Podnoszę głowę. Biorę torebkę w dłonie i przeszukuję ją dokładnie. Komórka leży na samym dnie. Łapię ją w dłoń i wystukuję numer telefonu.
- Słucham?- gruby głos, rozbrzmiewa w słuchawce.
- Siedzę w mieszkaniu Malik'a. Nie chcę mnie stąd wypuścić. Co mam robić?- szepczę, zerkając zza ściany, czy przypadkiem mnie nie obserwuję. Dalej krząta się w kuchni. Czyżby robił dla mnie śniadanie?
- Co teraz robisz?- pyta zdenerwowany.
- Siedzę pod drzwiami wyjściowymi. Są zamknięte.
- Co on robi?
- Umm.. robi mi śniadanie- jąkam się,kiedy widzę go z patelnią w ręku. Dopiero teraz zauważam że ma na sobie szare spodnie dresowe, jest w samych skarpetkach i białej opinającej jego mięśnie koszulce. Wygląda.. nieźle.
- Co mam robić?- powtarzam,kiedy słyszę nie znośny chichot wujka. Serio w takiej chwili?
- Szczerze mówiąc, nie wiem bo nigdy nie byłem w takiej sytuacji- śmieje się.
- Wujku doradź mi wreszcie co mam robić do jasnej cholery!- podnoszę lekko głos. Zerkam za ścianę. Kładzie naleśniki na talerz.
- Po prostu zachowuj się normalnie. Jakby nic się nie wydarzyło- wzdycha- Tylko nie rób niczego głupiego pamiętaj.
- Mhm- mruczę- muszę kończyć idzie tutaj.
- Okej, trzymaj się i pamiętaj- ohh.. nie teraz na to czas- Jeśli coś ci zrobi..-urywa, najwyraźniej się uspokajając- Pożałuję jeżeli jeden włosek spadnie z twojej główki, skarbie- rozłącza połączenie.
Chowam komórkę do torebki. Dalej bujając się na swojej pupie. Spuszczam głowę w dół, i wracam do poprzedniej czynności. Mam tylko nadzieję że nie usłyszał jak rozmawiam przez telefon. Zerkam na nadgarstek. Na szczęście. Tatuaż dalej zakryty. Teraz zaczynam żałować, że zrobiłam go sobie właśnie w tym miejscu. Bo oznacza to że przez cały pobyt tutaj muszę chodzić w bluzkach z długim rękawem.
Spoglądam na idącego ku mnie Mulata. Jego ruchy są tak doskonałe. On jest tak doskonały, tak przystojny że zaczynam być coraz bardziej nie śmiała. Nie mogę dłużej na niego patrzeć i opuszczam wzrok na swoje splecione ze sobą dłonie. I po raz kolejny zadaję sobie pytanie. Czemu ich zabił?
Przecież oni nie zasługiwali na taką śmierć. Tak samo jak ja nie zasługuję na szczęście. Nienawiść przedziera się przez moje myśli. Mam mętlik przez te szybkie zmiany nastrojów. Wszystko obarczam jego winą. Bo to w końcu on zmalował mi takie życie. Życie w ciągłej nie pewności. W ciągłym gniewie i strachu. Że wróci i po mnie. Że zabierze mi następną ważną część mojego życia.
Unoszę wzrok. Siada tuż przy moim boku. Jego zapach, jest taki odurzający.
- Zrobiłem śniadanie- oznajmia sucho, jakby nic go nie obchodziło.
- Nie chcę jeść- rzucam, jakby był winny całemu mojemu cierpieniu... Chwila, przecież jest.
Zakrywam dłońmi swoje oczy. Nie będę płakać. Na pewno nie przy nim.
- Casey- mówi groźnie- musisz coś jeść, jesteś strasznie chuda- ohh.. ciekawe dlaczego. Pragnę mu wygarnąć wszystko co  mi zrobił, ale wiem że gdybym teraz to powiedziała, skończyło by się to marnie.
- Nie wiem czy wiesz, ale kobietą nie mówi się takich rzeczy- prycham.
- Casey zjedz śniadanie- wstaję z podłogi, wyciągając ku mnie otwartą dłoń. Ignoruję go.
- Chyba nie chcesz żebym przyniósł tu jedzenie i sam cię nakarmił- odwracam głowę w drugą stronę, dalej go ignorując.
- Chodź- mówi przez zaciśnięte zęby. Nie zwracam na niego uwagi.- Casey! Chodź zjeść to śniadanie do jasnej cholery!- krzyczy. Podskakuję wystraszona. Patrzę w jego oczy. Są ciemne, wręcz czarne ze złości. Chwiejnie, wstaję z twardej posadzki. Ałć.. chyba mam na tyłku siniaki po tym bujaniu się.
- A-ale j..ja nie jestem głodna-jąkam się. Nagle ściska moją dłoń. Nic nie mówi. Jego knykcie robią się bielsze, kiedy coraz mocniej zaciska rękę na mojej. Jest wkurzony, i to bardzo. A ja boję się cokolwiek mu powiedzieć.
- Siadaj- rzuca, kiedy znajdujemy się w kuchni. Posłusznie wykonuję jego rozkaz.- To pierwszy i ostatni raz kiedy mi się sprzeciwiasz, tak?- kręcę głową potwierdzając jego słowa. Strasznie się boję- Powiedz!- krzyczy, kiedy nasze twarze dzieli zaledwie kilka centymetrów.
- Tak- szepcze, zupełnie zduszona jego gniewem. Stawia przede mną talerz z naleśnikami. Są ogromne i już wiem że nie zjem ich wszystkich.
- Kiedy przyjdę wszystko ma zostać zjedzone- wychodzi. A ja spoglądam ze strachem na talerz naleśników. Biorę w dłoń widelce. Nakładam na niego dosyć pokaźny kęs. Zatapiam w nim zęby. Moje kubki smakowe są w niebie. To na prawdę jest pyszne. Zjadam kolejne kawałki, i kiedy czuję pełność w żałądku, z powrotem zaglądam na talerz. Zostały jeszcze trzy. Rozglądam się po pomieszczeniu szukając śmietnika. I jest. Stoi dokładnie za blatem. Wstaję cicho z talerzem w dłoni. Oglądam się za siebie. Nie ma go. Otwieram pokrywę kubła i wyrzucam całą zawartość talerza. Kiedy jest już zupełnie pusty, ponownie wracam na skórzane krzesełko, czekając na Pana "Gównomnietoobchodziżeniechcęcisięjeść".
I jak na zawołanie wchodzi do pomieszczenia. Na szczęście już nie tak wkurzony jak przedtem. Spogląda na pusty talerz.
- Smakowało?- uśmiecha się.
- Umm.. bardzo-odwzajemniam uśmiech- która jest godzina?
- Siódma trzydzieści- wzdycha- Chyba pora zbierać się do pracy.- podaję mi dłoń. Nie, nie chcę czuć jego dotyku. Omijam go, podchodząc do wyjścia. Wzdycha ponownie, otwierając drzwi. Wychodzę i.. jesteśmy w windzie. Ahh..tak czyli znajdujemy się w jednym z tych nowoczesnych wieżowców. Wspaniale!
Opieram się czołem o zimne lustro. Zamykam oczy. Wnętrzności podchodzą mi do góry.
Bycie z nim sam, na sam w tak małym pomieszczeniu jest okropne. Dreszcze dalej przyszywają moje ciało. Spoglądam na niego. Stoi jak zwykle piękny.. Jezu, o czym ja myślę?
Odwracam od niego wzrok. Nie potrafię zbyt długo się na niego patrzeć. Czas w windzie straszliwie się dłuży. A ja nie potrafię znieść tego, że praktycznie ocieram się o jego ramię.

*

Łapię w dłonie kolejne segregatory. Układam je starannie na półeczkach z piaskowego drewna. Robię to odkąd przyjechałam z Zayn'em do pracy. Czyli nie całą godzinę. Siadam na wygodnym fotelu, kiedy do holu wchodzi jeden z gangu Malik'a. Harry Styles. I tuż za nim kolejny, Louis Tomlinson. Jeżeli dobrze zapamiętałam to właśnie on jest najlepszy w strzelaniu z broni.
Spuszczam głowę na kolejne papiery, leżące na blacie. Nie wiem czego one dotyczą i szczerze, nie bardzo mnie to interesuję. Wkładam je do niebieskiego segregatoru.
- Hej śliczna- zagaduję mnie lokowany pedancik. Wstaję jak gdyby nigdy nic, wyciągając ku niemu dłoń.
- Casey- uśmiecham się sztucznie. Tak po dłuższym czasie stwierdzam że to imię na prawdę mi się podoba- miło mi cię poznać...
- Harry- dokańcza za mnie, całując wierch mojej dłoni. No jakbym nie wiedziała. Opuszczam na chwilę jego wzrok, by zerknąć na wchodzącego do gabinetu Malik'a, bruneta.
Jak bardzo żałuję że nie ustawiłam tam wcześniej podsłuchu.- Jak mija ci pierwszy dzień w pracy?
- Umm.. Jestem tutaj zaledwie godzinę, ale jak na razie jest okej- kłamię.
- Cóż, mam nadzieję że będzie ci się tu mile pracowało- łokciem opiera się o moje biurko.
- Ty nie wchodzisz?- ciekawość bierze górę, i wreszcie zadaję mu pytanie. Zerka na zamglone drzwi.
- Najpierw miałem sprawdzić jak się sprawuję nowa sekretarka- puka palcem wskazującym o blat.
- Mhm- mruczę- i jak mi idzie?
- Jak na razie zrobiłaś na mnie bardzo dobre wrażenie- rumienię się, spuszczając głowę na dłonie. Czemu tak reaguję? Cóż lepsze to niż, usłyszenie jakiegokolwiek komplementu od Zayn'a.
- Zrobiłabyś nam kawy Casey?- pyta, łapiąc za srebrną klamkę drzwi.
- Mhm- mruczę nie zadowolona. Czy to w ogóle należy do moich obowiązków? Idę z głową spuszczoną na swoje stopy. Z drugiej strony, przynajmniej nie muszę po raz kolejny przekładać segregatorów z kąta w kąt.
Przechodzę obok aneksu kuchennego. Napełniam wodą czajnik, następnie stawiając go na gazówce. Przeszukuje każdą szafkę, końcowo znajdując słoik z kawą rozpuszczalną. Sypię po dwie łyżki na każdy z już wcześniej przygotowanych kubków. Czajnik piszczy, a ja zalewam wrzącą wodą kawę. Sypię na wierzch dwie łyżeczki cukru i stawiam na tacę trzy kubki. Ostrożnie wychodzę z kuchni, kierując się wprost do gabinetu Malik'a. Pukam trzy razy i otwieram drzwi. Ledwo niosę tą cholerną tackę, by nie wylać chociażby ani kropli ich kawy i nie usłyszę nawet dziękuję? Szczyt bezczelności.
- Bozia rączki dała, a kawę ja muszę robić- prycham- chociażby podziękowanie się usłyszało a tu nic- stawiam przed ich nosami tackę z napełnionymi kubkami i wychodzę tupiąc nerwowo nogami. Przechodzę w okół biurka. Siadam na fotel, i ponownie oddaję się układaniu segregatorów.

*

Nos mam w papierach, kiedy nagły trzask drzwi roznosi się po całym holu. Zerkam na zdenerwowanego Zayn'a. W ręku ma.. broń. Blednę, wyobrażając sobie najgorsze scenariusze. Zabije mnie. Zabije mnie. Zabije mnie.
Zerka na mnie. Przystaję na chwilę. Boję się najgorszego. Jego oczy są wręcz czarne, a szczęka nerwowo zaciska swoje mięśnie.
- Możesz wrócić do domu wcześniej, Casey.
- A ty?- mamroczę nie zrozumiale.
- Muszę coś załatwić- odchodzi, zatrzaskując za sobą drzwi. Zupełnie skonsternowana całą sytuacją, pośpiesznie zakładam na siebie czarny płaszczyk. Zabieram torebkę i wychodzę, zgaszając wszystkie światła.
Ciekawość nie daję mi ani chwili spokoju. Kolejny pytania przelewają się w moich myślach. Co się dzieję?
Wychodzę z ogromnego wieżowca. Dwa dni a tyle się wydarzyło. To zdecydowanie za dużo. A ja potrzebuję jedynie odpoczynku. Walnięcia się twarzą w puchatą poduszkę. By ponownie spotkać się z moją utęsknioną ciemnością.

----------------------
Od Autorki:
Cóż na początku chciałabym poinformować, iż całkowicie nie miałam weny do tego rozdziału, dlatego tak późno go dodaję. Następny, szczerze sama nie wiem kiedy się pojawi :) To zależy od mojej zrytej główki, która teraz zbytnio nie pała do mnie pomocą.
Daję wam tym razem samą Riley, więc zacieszać mordeczki XDD


No i jeszcze tak na końcu, jeśli chcecie się ze mną skontaktować, czy o coś zapytać to piszcie
 na moje gg- 48837942
lub pocztę- darcy.clark@o2.pl
To chyba wszystko. Więc do następnego, mojego misiaki! <3
PS. Dziękuję za ostatnie komentarze ;)


2 komentarze:

  1. Hej, w końcu nadrobiłam ten rozdział i jestem zadowolona, że w końcu go dodałaś! :) Harry zachowywał się trochę jak idiota, ale cóż na to poradzić. A Zayn mnie po prostu z tym śniadaniem, przerażał .. Jezus, Maria po prostu. I ostatni fragment ... zaskakujący i intrygujący. Czekam co dalej! :)x

    OdpowiedzUsuń
  2. omfg .. Jestem strasznie ciekawa co wydarzy się dalej :) ! Rozdział fenomenalny i jaki dłuuugi :) .Życzę weny i pozdrawiam. xx

    OdpowiedzUsuń